Przejdź na stronę główną Interia.pl

Wybierz szkołę

Wybierz dział

Zaproszenie do wspólnej nauki

zaprasza Cię do wspólnej nauki fiszek

Połączenie głosowe
Upewnij się, że masz włączone głośniki i mikrofon
Odrzuć

Granica (Z. Nałkowska)

Granica (Z. Nałkowska)

Geneza

Nałkowska pisała Granicę w latach 1932-35, fragmenty powieści drukowane były od 1934 roku w kilku czasopismach, a ostateczne wydanie książ-kowe ukazało się w 1935 roku. Jak już wspomniano przy okazji omawiania życiorysu pisarki, jej światopogląd miał swe korzenie jeszcze w doświadczeniach ojca, znanego geografa i lewicowego publicysty. Nałkowska przez całe życie związana była z lewicą (np. z grupą Przedmieście), w swej twórczości dawała wyraz swoim przekonaniom. Dodatkowo nadmienić należy, że powieść pisana była w okresie wielkiego kryzysu ekonomicznego, który ostatecznie ujawnił istniejące nierówności społeczne, a poprzez bankructwa przedsiębiorstw przemysłowych i wynikające z tego masowe zwolnienia robotników zwiększył rzeszę bezrobotnych nędzarzy.

Ponadto inspiracją do napisania powieści były własne przeżycia i doświadczenia autorki. Miała już za sobą dwa nieudane małżeństwa oraz liczne romanse, dobrze więc znała mechanizmy związku między kobietą a mężczyzną. Granica stała się niejako refleksją nad dotychczasowym życiem dojrzałej kobiety. Co ciekawe, na decyzję o podjęciu pracy nad powieścią nie wpłynęło jakieś dramatyczne zdarzenie, lecz właśnie suma wszystkich doświadczeń. Nie ma w powieści jednoznacznych wątków autobiograficznych, lecz pewny jest wpływ własnych przeżyć autorki. Już we wcześniejszych utworach Nałkowska poruszała problematykę nierówności społecznej oraz typowe dla „kobiecej literatury” zagadnienia miłości, fascynacji seksualnej, zdrady. Granica jest powieścią, w której wszystkie te problemy znakomicie splatają się ze sobą tworząc szczytowe osiągnięcie pisarki.

Czas i miejsce akcji

Akcja powieści rozgrywa się w czasach współczesnych autorce, w Warszawie. W tekście pojawiają się również nazwy takich miejscowości jak: Boleborza - miejsce urodzin Zenona Ziembiewicza; folwark, gdzie spędzał wakacje i rozpoczął romans z Justyną.

Bohaterowie

Zenon Ziembiewicz - jest centralną postacią powieści, niezwykle skomplikowaną i niejednoznaczną. Bohater był synem Waleriana Ziembiewicza, podupadłego szlachcica, który po roztrwonieniu własnego majątku został zarządcą folwarku w Boleborzy - części majątku państwa Tczewskich. Stary Ziembiewicz nie potrafił jednak rozstać się z rolą feudalnego pana - majątek powierzony mu podupadał, a on oddawał się dwóm pasjom - polowaniu i zaspokajaniu erotycznych potrzeb. Jego licznymi kochankami były dziewczyny z folwarku, podsuwane mu zresztą przez własną żonę. Zenon uczył się w mieście, a że był zdolny i ambitny, zdobywał dobre stopnie. Poznał wówczas Elżbietę Biecką - młodzieńczą miłość i późniejszą żonę. Często odwiedzał dom pani Cecylii Kolichowskiej, która wychowywała dziewczynę. Zaprzyjaźnił się też z synem Kolichowskiej - Karolem Wąbrowskim. Na studia wyjechał do Paryża. Pod wpływem zdobywanej wiedzy i pobytu w wielkim mieście Zenon czuł coraz większą niechęć do własnych rodziców i ich życia. Postanowił, że nigdy nie będzie taki jak ojciec. Podczas ostatnich studenckich wakacji, przebywając w Boleborzy, nawiązał romans z Justyną Bogutówną - córką kucharki pracującą u jego rodziców. Jednocześnie ze względu na trudności materialne musiał zwrócić się o pomoc finansową do pana Czechlińskiego - właściciela gazety „Niwa”. Dzięki współpracy nawiązanej z wydawnictwem otrzymał pieniądze pozwalające na ukończenie studiów. Podczas pobytu w miasteczku odnowił znajomość z Elżbietą Biecką. Znajomość wkrótce zamieniła się w romans i mimo przeszkód zakończyła się małżeństwem. Jednocześnie jednak Ziembiewicz nie potrafił zerwać związku z Bogutówną. Gdy dziewczyna zaszła w ciążę, dał jej pieniądze na zabieg aborcji. Można by rzec, że starał się z kochanką postępować uczciwie - pomagał jej finan-sowo, załatwiał kolejne posady. Był już wówczas redaktorem naczelnym „Niwy”, w wkrótce „dzięki pewnym wpływowym osobom” został prezydentem miasta. Można się więc zastanawiać, na ile pomoc dla Justyny podyktowana była poczuciem winy i uczciwością, a na ile lękiem przed kompromitacją w razie ujawnienia dawnego romansu z córką służącej.

Kariera zawodowa Ziembiewicza też nie opierała się jedynie na zdolnościach i pracowitości, lecz była wynikiem układów towarzyskich i protekcji. Już jako redaktor „Niwy” bohater pozwalał na manipulacje w gazecie, na ingerencje i zmia-ny w tekstach. Jego nominacja na prezydenta została załatwiona przez grono wpływowych ludzi, dla których był on po prostu wygodny na tym stanowisku.

Z całą pewnością Ziembiewicz nie był złym człowiekiem - miał dobre intencje, np. wspaniałe plany budowy domów wraz z centrum rekreacyjnym dla bezdomnych na Przedmieściu Chązebiańskim. Udało mu się dzięki obietnicy pożyczki z Warszawy wyremontować starą cegielnię i zaadaptować ją na noclegownię dla bezdomnych, a na zaniedbanych bulwarach stworzyć park z boiskami do tenisa, koszykówki i siatkówki. Jednocześnie wymógł na radzie miejskiej zgodę na likwidację dancingu o złej sławie i wbrew interesom radnych urządził tam pijalnię mleka dla dzieci. Zatem jako prezydent chciał jak najlepiej, nie liczył się jednak z realiami, w których przyszło mu działać. Pozbawiony obiecanej pożyczki, coraz bardziej uzależniony od popierających go ludzi, przestał panować nad sytuacją w mieście. Po zamknięciu huty Hettnera, gdy ludzie wylegli na ulicę, Ziembiewicz wracając od Justyny z trudem przed nimi uciekł. Bocznym wejściem dostał się do magistratu. W scenie ucieczki jego postać odbija się w szybach okien urzędu stwarzając wrażenie, że prezydent przewodzi protestowi. Jest to jednak tylko lustrzane złudzenie, tak fałszywe, jak wyobrażenie Ziembiewicza o roli, którą może odegrać w życiu ludzi, przed którymi właśnie ucieka. Manifestacja kończy się tragicznie, od strzałów policji giną robotnicy, a odpowiedzialność spada także na prezydenta.

Jakim właściwie człowiekiem był Ziembiewicz? Trudno to jednoznacznie ocenić. Zaczynał przecież znakomicie. Jego życiowe credo zamykało się w słowach „Żyć uczciwie” i nigdy nie powtórzyć schematu z domu rodzinnego. Jednak w pewnym momencie Zenonowi zabrakło silnej woli, by nie wdawać się w romans z Justyną. Potem nie potrafił się wycofać. Początkowo nie chciał pozbywać się wygodnej kochanki, potem było mu jej żal, gdy straciła matkę i została sama. A gdy usunęła ciążę, powodował nim strach. Zresztą właśnie lęk przez powtórzeniem schematu z Boleborzy pchnął go do uwikłania się w zależności i układy. Ziembiewicz żył w „kompleksie boleborzańskim”. Uciekając przed wyniesionymi z domu wspomnieniami, powtórzył sytuację rodziców wplątując narzeczoną, a potem żonę w romans z Justyną. Szukając usprawiedliwienia swoich czynów obciążył Elżbietę własnym poczuciem winy i odpowiedzialności.

Los Ziembiewicza najlepiej ilustrują jego własne słowa: „Jest się nie takim, jak myślą ludzie, nie jak myślimy o sobie my, jest się takim, jak miejsce, w którym się jest”.

Justyna Bogutówna - była córką kucharki, wielokrotnie zwalnianej z domu, w którym służyła. Dziewczyna nie znała swojego ojca. Gdy jej matka została zatrudniona przez hrabiostwo Tczewskich, Justyna bawiła się z hrabiankami. Kontakt z wykształconymi ludźmi oraz wrodzona wrażliwość uczyniły bohaterkę delikatną, spokojną i prostoduszną.

Możemy przypuszczać, że naprawdę kochała Zenona: „dla ciebie Zenon ja poszłabym nie wiem na jakie męki, nic mi nie strach, o nic nie dbam”. W swej naiwności wierzyła, że na takiej podstawie można zbudować wspólne życie. Zdawała się nie zauważać, że stała się dla Ziembiewicza ciężarem, wspomnieniem o wstydliwej sprawie. Gdy usunęła ciążę, wyrzuty sumienia i całkowite osamotnienie wywołały chorobę psychiczną.

Nawet w czasie choroby cierpi w samotności, odsuwa się na bok, a jednocześnie zdaje się dostrzegać różnicę między Elżbietą a sobą - „ona bogata, ma kamienicę”. Finałem obłędu jest nieudana próba samobójcza, a potem zamach na Ziembiewicza. Justyna jest zdecydowanie ofiarą dramatu - ale o takim rozwoju wypadków zadecydowała nie tylko postawa Zenona. Przyczyniło się do tego przede wszystkim wychowanie Justyny, a właściwie jego brak. Dziewczyna nie była przygotowana do życia w mieście, wśród innych ludzi. Nie potrafiła ich zrozumieć, nawiązać z nimi kontaktu. Przez swą bezradność i łatwowierność stała się ofiarą nie tylko Zenona, wspomnieć trzeba także o jednym z domów, w których służyła. Jej pracodawczyni swoje niezadowolenie ze zdradzającego ją męża i uciekających z domu synów wyładowywała właśnie na Justynie.

Zatem tragiczny los Bogutówny nie wynika tylko z nieuczciwego postępowania Ziembiewicza, a jest efektem splotu różnych czynników, które determinują życie każdego człowieka - dom rodzinny, odebrane wychowanie, znajomi i przyjaciele, pozycja społeczna i wreszcie indywidualne cechy charakteru.

Elżbieta Biecka - była również zagubioną nieszczęśliwą kobietą, przez rozwód rodziców pozbawioną rodzicielskiej opieki i własnego domu. Jej matka po powtórnym wyjściu za mąż wyjechała do Szwajcarii i praktycznie zniknęła z życia córki. Elżbieta wychowywała się u ciotki, pani Cecylii Kolichowskiej, której życie także nie należało do szczęśliwych. W posępnej kamienicy Kolichowskiej mogła poznać różne światy - jej własny, zasobny i bezpieczny oraz inne: świat ludzi z piwnic, suteren i strychów. Panna Biecka nie godziła się z nędzą, fatalnymi warunkami życia biedoty. Starała się jakoś pomagać, wstawiając się do męża o wsparcie i litując się nad mieszkańcami domu, którym zarządzała w czasie choroby ciotki.

Elżbieta kochała Zenona, lecz gdy dowiedziała się o jego romansie z Justyną i mającym przyjść na świat dziecku, uciekła z Warszawy twierdząc, że Justyna ma do Ziembiewicza „większe prawa”. Wyszła jednak za mąż za Zenona i pomagała mu wspierać Justynę. Wyszukiwała jej kolejne posady, tolerowała dwuznaczną sytuację, w której przyszło jej żyć. Jednak z upływem czasu coraz trudniej to znosiła, ogarniały ją wątpliwości, czy aby „dobrocią serca” nie zrobiła Justynie krzywdy.

Ostateczne wyjaśnienie wątpliwości przynosi ostatnia rozmowa Ziembiewiczów, w której Zenon obciąża Elżbietę współodpowiedzialnością za obłęd Justyny - „przecież myśmy się niczego nie wyrzekli, myśmy wszystko zachowali. Ale to na jej zniszczeniu wyrosło to, co jest między nami”. Zatem pozorne dobrodziejstwo nie było żadną ofiarą, było tylko próbą umycia rąk i uspokojenia sumienia. Elżbieta była dobra dla Justyny, bo ją to przecież nic nie kosztowało. Nie musiała z niczego rezygnować. Żyła w dobrobycie, miała ukochanego męża i syna. Solidarność z Zenonem wynikała na pewno z miłości, ale i z chęci uspokojenia wyrzutów sumienia. Czy była więc tak kryształowa i dobra jak mogło by się zdawać? Czy nie lepiej było zostawić Zenona Justynie? Te pytania stawia przed czytelnikiem Nałkowska i czytelnik sam musi rozstrzygnąć istniejące wątpliwości.

Cecylia Kolichowska - ciotka Elżbiety Bieckiej, jak i pozostałe kobiety z powieści, nie znalazła szczęścia rodzinnego. Jej pierwszy mąż, Konstanty Wąbrowski, z powodu lewicowych przekonań wyjechał z kraju i pozostawił żonę z małym dzieckiem. Potem popełnił samobójstwo. Drugi mąż, Aleksander Kolichowski, był o piętnaście lat starszy od Cecylii, ale za to bogaty. Niestety to małżeństwo także nie było szczęśliwe. Aleksander swą zazdrością uprzykrzał Cecylii życie, syn Karol ciężko zachorował i mimo kosztownych kuracji w szwajcarskich uzdrowiskach został kaleką. Jedynym majątkiem, który otrzymała po śmierci męża była kamienica. Udało się Kolichowskiej urządzić dodatkowe mieszkania na strychu i w piwnicach, ponieważ jednak zamieszkiwała je biedota, nie przyniosły oczekiwanych dochodów.

Pani Cecylia nie umiała się pogodzić z upływem czasu, mimo że nie była jeszcze stara (miała 50 lat) uważała, że całe życie ma za sobą. Praktycznie nie utrzymywała z nikim kontaktów towarzyskich, jedynie jej imieniny stawały się pretekstem do spotkania „pań z towarzystwa”. Sama solenizantka określała w myślach te spotkania jako „paradę wiedźm” i „kongres czarownic”.

Nie potrafiła również zrozumieć ludzkiego nieszczęścia i współczuć ludziom pokrzywdzonym, bez skrupułów podnosiła czynsze, wyrzucała nie płacących na bruk, pozbywała się nieprzydatnych do służby służących (np. odźwierny Józef). Jednocześnie nie starała się podnieść jakości mieszkań w swojej kamienicy. Nawet ogród oddzieliła wysokim parkanem od reszty podwórza. Pilnującego kwiatów i roślin psa Fifka kazała trzymać na krótkim łańcuchu i karmić raz dziennie. Była więc równie bezwzględna dla ludzi jak dla zwierząt. Nie tolerowała nawet duchownych, uważając ich za darmozjadów. Być może zgorzkniałość i brak wrażliwości na cierpienie innych płynął z pozbawionego miłości i radości życia. Goryczą napawało ją wspomnienie syna, którego jako ciężko chorego kilkunastoletniego chłopca odwiozła na leczenie i nigdy już nie widziała. Syn pod koniec jej życia powrócił i aż do śmierci z oddaniem ją pielęgnował. Wydawać się może, że przyjazd syna i jego wyznanie, że zawsze ją kochał, pozwoliły Kolichowskiej nieco optymistyczniej spojrzeć na swe życie.

Żańcia Ziembiewiczowa - matka Zenona kochała „życie, ludzi i świat”, a przede wszystkim swojego męża. Wierna i cierpliwa z pokorą znosiła seksualne wybryki męża, podsuwając mu kochanki, starała się zaspokoić jego wybujałe potrzeby. Nie była kobietą głupią. Wobec bezradności męża w prowadzeniu folwarku, zajmowała się rachunkami i sprawami gospodarczymi. Po śmierci Waleriana nigdy nie skarżyła się na niego. Pogodziła się ze swoim losem i nieuchronną starością, w której potrafiła odnaleźć pozytywne strony. Z oddaniem zajmowała się wychowaniem wnuka. Cieszyła się szczęściem syna, ale i potrafiła bez żalu spojrzeć na własne małżeństwo i zmarłego męża.

Walerian Ziembiewicz - nigdy nie potrafił pogodzić się z własnym upadkiem. Wciąż podkreślał swe szlacheckie pochodzenie. Chłopów traktował jak złodziei, godził się z feudalnym uciskiem. Mimo że pracował jako zarządca folwarku, nadal zachowywał się jak właściciel, a nie jak pracownik. Jego pasją były polowania i romanse z folwarcznymi dziewczynami. Był tak pochłonięty oddawaniem się tym pasjom, że prowadzenie powierzonego mu majątku spadło praktycznie na jego żonę. Nie potrafił, a właściwie nie starał się wychować syna na uczciwego człowieka - nie wykształcił w Zenonie umiejętności rozróżniania dobra od zła, nie zaszczepił w nim elementarnego poczucia moralności.

Jasia Gołąbska - była przyjaciółką Justyny. Mieszkała z obłożnie chorą matką, ostatnim żyjącym dzieckiem i bratem Frankiem w suterenie kamienicy Kolichowskiej. Sama chorowała na gruźlicę. Jej mąż stracił pracę, odszedł od rodziny, i związał się z grupą przestępców. Brat, Franek Borbocki, również stracił pracę, a potem zginął w manifestacji przed magistratem. Dzieci Gołąbskiej kolejno umierały z powodu niedożywienia, tragicznych warunków mieszkaniowych i chorób. Najmłodsza córeczka przed śmiercią oślepła. Jasia Gołąbska zmarła na gruźlicę, a Justyna po jej śmierci ostatecznie zamknęła się w sobie, straciła bowiem ostatnią przyjaciółkę. Gołąbska, mimo całego splotu nieszczęść, zachowała umiejętność współczucia i pomocy innym ludziom. Właśnie u niej Justyna znalazła schronienie, gdy została całkiem sama po śmierci matki.

Losy Gołąbskiej najdobitniej ilustrują sytuację biedoty, która ze wsi przybyła do miast w poszukiwaniu pracy. Niestety w dobie Wielkiego Kryzysu Ekonomicznego o pracę nie było łatwo. Masowo zamykano nierentowne zakłady i skazano rzesze robotników na bezrobocie. Warunki życia tych ludzi były bardzo trudne - zwykle gnieździli się w wilgotnych, ciemnych izbach, takich jak sutereny kamienicy Koli-chowskiej. Nie istniała wówczas opieka medyczna dla robotników, ani profilaktyka zdrowotna. Dzieci umierały z powodu chorób i niedożywienia. Tak więc Nałkowska opisując tragiczną historię Jasi Gołąbskiej starała się zwrócić uwagę czytelnika na istniejące nierówności społeczne i tragiczną sytuację biedaków.

Ksiądz Adolf Czerlon - jedna z epizodycznych postaci powieści, wart jednak bliższego poznania. Jako młodzieniec studiował na Sorbonie. Podróżując po Europie imał się różnych zajęć. Pracował bardzo ciężko i poznawał ludzkie cierpienie i nędzę. Nie mogąc pozbyć się uczucia „lęku przed karą” został kapłanem. Będąc proboszczem w Chązebnej miał podobno romans z hrabiną Tczewską. Ksiądz nie znalazł w służbie Bogu ukojenia. W życiu ludzkim nie widział żadnych jasnych stron - jedynie cierpienie, grzech i strach. Nie wierzył w możliwość poznania Boga i prawdy o Nim, oczekiwał od wiernych pokory, dyscypliny i biernej wiary.

Karol Wąbrowski - ma inne poglądy niż ksiądz. Mimo że był dotknięty cierpieniem i kalectwem, zachował wiarę w siłę rozumu i dobroci człowieka. Sądził, że jest to najlepsza broń przed złem świata. Mimo żalu do matki i poczucia odrzucenia, zdobył się na przebaczenie i poświęcenie umierającej matce. Przyniósł jej pod koniec życia ulgę w cierpieniu, radość z odzyskania dziecka i szczęście, którego nigdy nie zaznała.

Plan wydarzeń

1. Dzieciństwo i młodość Zenona Ziembiewicza.

2. Częste odwiedzanie domu pani Kolichowskiej przez młodego Ziembiewicza.

3. Zenon wyjeżdża na studia za granicę.

4. Imieniny pani Cecylii.

5. Nieszczęśliwa miłość Elżbiety Bieckiej do rotmistrza Awaczewicza.

6. Spotkanie Justyny Bogutówny i Zenona Ziembiewicza.

7. Czechliński pomaga finansowo Zenonowi.

8. Ziembiewicz, po latach, odwiedza Elżbietę Biecką.

9. Śmierć Karoliny Bogutowej, matki Justyny.

10. Zenon obejmuje stanowisko redaktora naczelnego „Niwy”.

11. Justyna zostaje kochanką Zenona.

12. Bogutówna oświadcza Zenonowi, że jest w ciąży.

13. Zenon wyznaje Elżbiecie swoje winy.

14. Młoda Bogutówna znajduje schronienie u Jasi Gołąbskiej w kamienicy pani Kolichowskiej.

15. Decydująca rozmowa Elżbiety z Justyną.

16. Biecka zrywa zaręczyny i wyjeżdża do Warszawy, do matki.

17. Zabawa Elżbiety w stolicy.

18. Przyjazd Zenona do Warszawy i pogodzenie się narzeczonych.

19. Zenon przedstawia rodzicom swoją przyszłą żonę.

20. Śmierć Jasi Gołąbskiej. Justyna porzuca pracę w sklepie Torucińskiego.

21. Przyjazd Karola Wąbrowskiego z zagranicy.

22. Pani Żancia zamieszkuje razem z synem i synową.

23. Uroczysty raut u Ziembiewiczów.

24. Justyna Bogutówna staje się apatyczna i zobojętniała.

25. Śmierć pani Cecylii Kolichowskiej.

26. Bunty i rozruchy robotników.

27. Justyna grozi Zenonowi, oskarżając go za swoje obecne położenie.

28. Justyna oblewa twarz Zenona „żrącym płynem”.

29. Samobójstwo Ziembiewicza i wyjazd Elżbiety za granicę.

Streszczenie

I

Justyna Bogutówna była córką wdowy służącej w dworach jako kucharka. Po śmierci matki, dzięki protekcji pani Ziembiewiczowej, dostała najpierw posadę ekspedientki, a później kasjerki w sklepie bławatnym Torucińskiego przy ulicy Świętojańskiej, gdzie wszyscy byli z niej zadowoleni. Po wielu miesiącach odeszła stamtąd i zaczęła pracować w cukierni Chązowicza, lecz wkrótce rzuciła i tę posadę.

Ziembiewicz uchodził za przyzwoitego i spokojnego człowieka. Prowadził życie „dobrze zorganizowane, nie zdawał się poszukiwać żadnych przygód”. Jego ojciec - Walerian Ziembiewicz - rządca folwarku w Boleborzy, który stanowił część majątku państwa Tczewskich, chlubił się swoim szlachectwem. Gospodarował uczciwie, ale nieumiejętnie. Nie lubił pracy na roli. Wybuch wojny nie miał żadnego wpływu na jego życie. Gościł u siebie zarówno oficerów rosyjskich, niemieckich, jak i polskich. Młody Ziembiewicz był pilnym i wzorowym uczniem. Wracając z miasta do domu na święta czy na wakacje, „wracał za każdym razem inny - coraz bardziej obcy, (...)”.

Zenon poznał wtedy dom pani Kolichowskiej. Była to „ciężka, brzydka, trzypiętrowa kamienica z żelaznymi balkonami”. U pani Kolichowskiej mieszkała jej krewna, Elżbieta Biecka. I choć dziewczyna ta była złośliwa i niegrzeczna, wzbudzała jego zainteresowanie.

II

Pani Cecylia Kolichowska, z domu Biecka, była zamężna dwa razy. Jej pierwszy mąż, Konstanty Wąbrowski, był socjalistą. Na krótko przed wojną z niejasnych przyczyn popełnił samobójstwo. Jej drugie małżeństwo z bogatym, starszym o piętnaście lat i do szaleństwa w niej zakochanym rejentem, było zawarte z rozsądku. Zakochany starszy pan okazał się być „ponurym erotomanem”. Więził ją w domu, nie powalając bywać między ludźmi. Odziedziczyła po nim, zamiast spodziewanej fortuny, kamienicę z ogrodem. Piwnice i strychy kamienicy zamieniła na kwatery. Zamieszkały tu „żywioł miejskiej nędzy” przysparzał jej wielu kłopotów. Jeden mały lokal zajmowali Gołąbscy, podający się za urzędników. Tymczasem ona nie miała żadnej posady, on zaś był pisarzem kancelaryjnym i od samego początku zalegał z komornym. Drugi lokal wynajmowała Łucja Posztraska - przyjaciółka z dawnych lat pani Cecylii, niegdyś kobieta ładna i bogata, dziś - zrujnowana i obarczona mężem alkoholikiem.

Zenon Ziembiewicz często odwiedzał mieszkanie Kolichowskiej, przychodząc do koleżanki z klasy, Elżbiety, którą był oczarowany. Elżbieta była wówczas zakochana bez wzajemności w rotmistrzu Awaczewiczu. Spotykała go u panny Julii Wagner, nauczycielki języka francuskiego.

III

Pani Kolichowska prowadziła życie samotne. Jeden raz w roku, 22 listopada - w dzień imienin pani Cecylii - zbierało się u niej grono przyjaciółek czy znajomych. „Każda z nich był kiedyś młoda”, dziś były to kobiety stare, schorowane, zmęczone. Wspominały rejenta Kolichowskiego, „człowieka, jakich teraz próżno szukać”. Mówiły o czasach, jakie nadeszły, o wojnie, o bolszewikach, Żydach. „I o służących”. Pani Warkoniowa opowiadała o Bogutowej, która służyła kiedyś u niej, lecz została zwolniona, kiedy okazało się, że jest w ciąży.

Służyła potem u hrabiny Tczewskiej, gdzie jej córka, Justyna, „bawiła się z hrabiankami jak równa”. Elżbieta, usługując gościom, przysłuchiwała się takim rozmowom i „wobec trucizny, sączącej się z tej wiedzy, miała w sobie gotową wzgardę i szyderstwo”. Wiedziała, że będzie okrutna dla mężczyzn, nigdy nie wyjdzie za mąż.

IV

Ogród należał tylko do pani Cecylii. Nikt z lokatorów nie miał tu wstępu. Mimo czujności dozorcy Ignacego i psa Fifka, dojrzewające owoce czy piękne kwiaty sta-wały się łupem okolicznych urwisów.

Elżbieta lubiła przesiadywać w ogrodzie. Z okien swojego pokoju widziała tyl-ko „ludność podziemia” wylęgającą na śmierdzące podwórze. Wydawała się ona dziewczynie odrębną rasą: twarze, ruchy czy nawet zapach odróżniały ich od „ludzi nawierzchni”. Pewnego dnia, gdy Elżbieta przyszła na lekcję francuskiego, drzwi otworzył jej Awaczewicz. Ofiarował się ją odprowadzić, co wywołało protesty Julii. Będąc już za drzwiami Elżbieta usłyszała odgłosy ich sprzeczki i pojęła, co łączyło tych dwoje ludzi. „Wszystko zrobiło się jasne i zrozumiałe”. Zrozumiała, dlaczego matka odeszła od ojca, zrozumiała postępek ciotki Cecylii, która po otwarciu sejfu po śmierci męża, nie chciała iść na pogrzeb. Zrozumiała, iż „taki jest cały świat”.

V

Po raz pierwszy Zenon zobaczył Justynę Bogutównę w boleborzańskim ogrodzie. Miała wtedy dziewiętnaście lat. Zjawienie się jej w Boleborzy wynikało ze zmiennych kolei losu jej matki - Karoliny Bogutowej. Przeżyła ona ciężkie chwile, gdy pani Warkoniowa wymówiła jej miejsce i gdy wyszła z dzieckiem ze szpitala. W końcu udało się jej otrzymać posadę u hrabiostwa Tczewskich. Tu mała Justynka bawiła się z hrabianką Różą. Przyjaźń ta rozchwiała się w czasie jakiegoś dłuższego pobytu Tczewskich za granicą. Dziewczyna zachowała z niej „dziecinną francuszczyznę”, pewne zasady obyczajowe i „nie umotywowane zaufanie do losu”. Tymczasem stara Bogutowa zaczęła chorować. Robota nie szła jej już tak sprawnie, jak kiedyś. Nie zdziwiła się, gdy Tczewscy powiedzieli jej, że „już jest niezdatna i dłużej jej trzymać nie mogą”. Podjęła wtedy pracę w Boleborzy.

Długi czas Zenon wyraźnie unikał Justyny. Później uległo to zmianie.

VI

Zenon spędzał wakacje w Boleborzy. Pewnego dnia dostał list od swojego przyjaciela, Karola Wąbrowskiego, który zawiadamiał go o śmierci Adeli. „Adela już nie żyje, umarła trzydziestego lipca w szpitalu de la Charite”. Dziewczyna była chora na gruźlicę. Kochała Zenona, ale on nie odwzajemniał tego uczucia. Był „dobry dla niej, jak tylko mógł”.

Zenon patrząc na związek rodziców nie mógł wyzbyć się nieprzyjemnego uczucia. Ocierając się za granicą o nowe prądy, chciał odciąć się od dziwnego - w jego oczach - życia rodzinnego. Wstrętem napawał go erotyzm ojca i niezrozumiała tolerancja matki, która trzymała we dworze dziewczyny, będące kochankami jej męża. Teraz Justyna stała się jej ulubienicą, jej „prawą ręką”. Pani Żancia mówiła, iż na Justynie nie znać wcale gminnego pochodzenia, chwaliła jej urodę i młodość. Tym razem podsuwała ją synowi. Dziewczyna sama „garnęła się do niego”. Zanim wyjechał z Boleborzy, została jego kochanką.

VII

Matka nie mogąc wspomóc syna materialnie, wysłała go do pana Czechlińskiego.Był on człowiekiem zamożnym i wpływowym. Młody Ziembiewicz udał się więc do miasteczka na spotkanie z nim. Zobowiązał się przysyłać mu z zagranicy artykuły o polityce powojennej poszczególnych państw. Pierwszy artykuł, rodzaj wstępu do owego cyklu, wręczył Czechlińskiem już teraz, w restauracji Hotelu Polskiego.

Przypadkowo zobaczył Elżbietę Biecką. Nazajutrz udał się do mieszkania pani Kolichowskiej. Elżbieta wywarła na nim złe wrażenie, była niespokojna, niepewna siebie. „Poczuł nad nią swoją przewagę”. Opowiadała o chorej ciotce, którą zastępowała teraz w zarządzaniu kamienicą, mówiła o nędzy swoich sąsiadów.

Była chłodna, jesienna pogoda. Wychodząc od Elżbiety zobaczył skręcającego w ulicę Staszica Awaczewicza. Był pewien, że idzie on do panny Bieckiej.

VIII

„Pani Kolichowska lubiła, gdy Elżbieta wchodziła do pokoju, lubiła jej głos, jej słowa, jej ruchy.” Była do Elżbiety bardzo przywiązana. Podczas jej wyjazdu do matki, do Szwajcarii, drżała nieustannie, iż spotkanie to może popsuć ich stosunki. Ciotka Cecylia chorowała i panna Biecka zarządzała teraz kamienicą. Litowała się nad jej mieszkańcami, którzy dla Cecylii byli tylko próżniakami i złodziejami.

Pani Cecylia myślała o synu. Minęło wiele lat, od kiedy odwiozła ciężko chorego chłopca do szwajcarskiego sanatorium. Karol nie chciał jej widzieć, nie mogąc przebaczyć matce drugiego małżeństwa.

Pani Kolichowska miała jeszcze jedną troskę: Awaczewicza. Bywał u nich na kolacji, zabierał Elżbietę na wycieczki czy do teatru. Nie żył od dawna ze swoją żoną, ale nie miał jeszcze rozwodu. Cecylia nie lubiła go. Zenon Ziembiewicz często teraz odwiedzał Elżbietę. Opowiadał jej o Adeli i o Justynie. Ona wyznała mu swoje dawne uczucie do Awaczewicza.

IX

Wiosną matka Justyny rozchorowała się tak ciężko, iż musiała jechać na operację do miasta. Niestety - przywieziono ją zbyt późno - i Bogutowa zmarła. Justyna znalazła schronienie u Jasi Gołąbskiej, zamieszkującej wraz z ostatnim pozostałym przy życiu dzieckiem, chorą matką i bratem sutereny kamienicy pani Kolichowskiej. Choć życie nie szczędziło jej nieszczęść: odszedł od niej mąż, dziecko powoli traciło wzrok, a ona sama chorowała na gruźlicę - czuła się szczęśliwa.

Pogrzeb Bogutowej odbył się nazajutrz.

X

Zenon, po powrocie do kraju, zatrzymał się w mieście. Wpadła mu w ręce miejscowa gazeta, w której zamieszczone były jego artykuły. Spotkał na ulicy Justynę Bogutównę. Zaprosił ją do swojego pokoju w hotelu. Opowiedziała mu o śmierci matki, o swoim życiu po jego wyjeździe. „Była bardzo stęskniona, udręczona i kochająca” i Zenon nie śmiał powiedzieć jej o swoim związku z Elżbietą. Doszło między nimi do zbliżenia. Dla Zenona był to tylko wyraz tęsknoty za ciałem kobiety.

Później Ziembiewicz udał się do Czechlińskiego, który zaproponował mu miejsce redaktora „Niwy”. Następnie poszedł odwiedzić Elżbietę. Jej widok jednak rozczarował go, była „zupełnie inna niż ta, o której myślał”.

XI

Justyna przyszła do hotelu po resztę boleborzańskich pieniędzy, które wypłacić miał jej Zenon. Postanowił powiedzieć jej, iż widzą się ostatni raz, ale stało się zupełnie inaczej.

Później Zenon poszedł do redakcji. Spotkał tu hrabinę Tczewską i księdza Czerlona z Chązebnej. Prosili oni, aby na łamach „Niwy” poprzeć cykl wykładów O istocie doświadczenia religijnego, które wygłaszać miał ksiądz Czerlon.

XII

W dwa dni później redakcję odwiedził hrabia Wojciech Tczewski. Bronił młodej, utalentowanej aktoreczki ostro skrytykowanej na łamach „Niwy”. Wizyta ta odzwierciedlała stosunki panujące w Chązebnej.

„Zenon robił nie to, co chciał”. Spłacając dług paryski, zaciągnięty u Czechliń-skiego, schlebiał jego gustom. Popołudnia spędzał z Elżbietą. Kochał ją, równocześnie spotykając się z Justyną. Usprawiedliwiał się w myślach, że nie może odtrącić zrozpaczonej po śmierci matki dziewczyny. Każde następne spotkanie zaś, było wynikiem pierwszego. Chciał powiedzieć jej o Elżbiecie, gdy Justyna oznajmiła mu, że jest w ciąży.

XIII

Pani Kolichowska czuła się coraz gorzej. Postarzała się i posiwiała. Elżbieta często myślała o matce, której urody nie zniszczyły lata. Dziewczyna nie umiała przeciwstawić się leżącej w łóżku ciotce. A teraz chodziło o coś poważnego: ciotka domagała się, by Elżbieta umieściła Ignacego w szpitalu, a jego żonę kazała wyrzucić.

Zenon sam się sobie dziwił, z jaką łatwością w każdej chwili stawał się kimś innym. Nie nazywał tego hipokryzją, ale jego „granica odporności moralnej” odsuwała się coraz dalej. W redakcji odwiedzali go różni ludzie, na przykład pan Maurycy Posztraski, mąż przyjaciółki pani Kolichowskiej, przynosząc do gazety swoje poezje. Zenon używał wielu sposobów, by się go pozbyć, ale bez skutku. W redakcji Zenon poznał także bratową Tczewskiej, panią Olgierdową z Pieszni, niegdyś wyspecjalizowaną w „łowieniu mężczyzn”. Zenon spędził u niej trzy ostatnie dni.

XIV

Wieczorem Zenon udał się do Elżbiety. Wyznał jej - jak niegdyś ojciec wyznawał matce swoje winy - że „to z Justyną nie jest jeszcze skończone”, że dziewczyna jest w ciąży. Elżbieta cały „dziecinny wstręt do tych spraw” poczuła teraz bardzo wyraźnie. Przez chwilę wydawało się jej, że temu co się stało, jest winna ona sama. Przebaczyła mu. Po raz pierwszy jego „pieszczące ręce” nie napotkały oporu.

XV

Justyna odeszła ze służby i ponownie znalazła schronienie u Jasi, w kamienicy pani Kolichowskiej. Spokój w kamienicy zakłócił powrót Władziowej z synem Zbysiuniem. Władziowa była kobietą „wesołą, głośną i gadatliwą”. Kochała syna nade wszystko, ale właśnie fakt posiadania dziecka powodował, że nigdzie długo nie mogła zagrzać miejsca.

Elżbieta dowiedziawszy się, że Justyna Bogutówna mieszka w kamienicy, wezwała ją do siebie. Chciała dowiedzieć się, czy Justyna kocha Zenona. Obiecała jej pomoc i przyrzekła, że nigdy za niego nie wyjdzie.

XVI

Po spotkaniu z Czechlińskim i Tczewskim, z którymi Zenon omawiał korzystne interesy, zjawiła się Justyna. Opowiedziała mu o swoim spotkaniu z jego narzeczoną i powtórzyła słowa Elżbiety dotyczące ich małżeństwa. Po odprawieniu dziewczyny zatelefonował do Elżbiety, gdzie dowiedział się ze zdumieniem, że panna Biecka wyjechała do Warszawy, do matki. Wróciwszy do domu otrzymał od niej list. Elżbieta pisała: „... jednak nie byłeś ze mną zupełnie szczery... Ona ma do ciebie prawo i ja go jej nie odbiorę”.

XVII

Podczas jazdy Elżbieta myślała o śnie, który od dzieciństwa często do niej powracał. Była to sielankowa scena: matka, ojciec i ona siedzą wspólnie przy stole.

Elżbieta zatrzymała się u kuzynki wuja Kolichowskiego, pani Świętowskiej. O godzinie dwunastej wybrała się do matki, wynajmującej apartament w najlepszym hotelu w mieście. Niewieska rozmawiała z córką bardzo oficjalnie. Niedługo dołączyli do nich pani Tczewska z Pieszni i młody mężczyzna. Wieczorem tylko we dwie poszły do teatru i na kolację. Pani Niewieska, nie zwracając uwagi na przyczynę, ganiła zerwanie zaręczyn przez córkę. „Bo przecież z innym będzie to samo”.

XVIII

Upływał dragi miesiąc pobytu Elżbiety w Warszawie. Życie bez Zenona było możliwe. Panna Biecka jednak podświadomie tęskniła za nim i czekała na list. Gdy list nie przychodził uznała, iż Zenon pogodził się z tym, co mu napisała. Cały czas spędzała w towarzystwie matki i jej adoratorów. Najbliższy był jej młody człowiek, którego poznała pierwszego dnia - Janek Sobosławski.

Pewnego dnia Elżbieta spotkała na ulicy Zenona i pierwszy raz od dłuższego czasu poczuła się szczęśliwa. Pani Niewieska chciała poznać młodego Ziembiewicza. Oboje zostali zaproszeni na raut i do teatru. Zenon wbrew obawom narzeczonej czuł się świetnie w towarzystwie Niewieskich, Sobosławskiego czy Tczewskich. Było tu wielu jego znajomych i „był on bliższy wszystkim niż ona”.

XIX

Panna Biecka, na prośbę Zenona, wystarała się Justynie o pracę w sklepie Toracińskiego. Elżbieta była przekonana, że sprawa z Bogutówną skończyła się ostatecznie. Zenon natomiast nie miał złudzeń. Justyna przychodziła do niego po radę i pomoc w każdej sprawie. Stała się wymagająca i kapryśna. Pani Kolichowska patrzyła na Zenona coraz bardziej życzliwie. Wiedziała, że ich bliski ślub zatrzyma Elżbietę w mieście. Tymczasem przygotowywano dom dla młodych Ziembiewiczów.

Przed samym ślubem Zenon zawiózł Elżbietę do rodziców, do Boleborzy. Ziem-biewiczom bardzo podobała się przyszła synowa. Elżbieta była nimi oczarowana.

Na początku grudnia Zenon miał objąć stanowisko prezydenta miasta. Przedtem jeszcze postanowili skorzystać z zaproszenia pani Niewieskiej i przez Wiedeń pojechać na południe Francji. Spędzili tam szczęśliwe chwile. Elżbieta zorientowała się, że spodziewa się dziecka.

XX

Justyna mieszkała na Przedmieściu Chązebiańskim. Pracowała w sklepie Toracińskiego. Lubiła swoją pracę. Obsługiwała klientów grzecznie i sprawnie. Pewnego zimowego wieczora przed sklepem zjawił się Franek Borbocki, brat Jasi, przynosząc wieści o śmierci małej Jadwisi. W cztery miesiące po śmierci dziecka zmarła na gruźlicę sama Jasia. Od śmierci przyjaciółki Justyna nigdzie nie wychodziła. Porzuciła też pracę u Toracińskiego.

XXI

Późną jesienią przyjechał z zagranicy syn pani Cecylii, Karol Wąbrowski. Pani Kolichowska dowiedziała się od niego, iż jej mąż, Konstanty, po wyjeździe za gra-nicę, mieszkał z kobietą, z którą spotykał się będąc jeszcze w kraju. Kobieta ta wraz z córką, która była równocześnie siostrą Karola, przebywała nadal w Paryżu. Wiadomości te poruszyły panią Cecylię. „Jej cierpienie było małe i dotkliwe jak od złego ukąszenia. Było pozbawione treści”.

W kilka tygodni po wspólnym obiedzie, pani Cecylia wraz z synem wybrała się do Ziembiewiczów. Zastała tu matkę Zenona, która po śmierci męża mieszkała z synem i synową. Pani Żancia opowiadała o zmarłym panu Walerianie. Zenon denerwował się zawsze, gdy matka mówiła o ojcu, „jej wspomnienia robiły z niego innego człowieka”. Teraz, gdy było już za późno, żałował, że nigdy nie umiał rozmawiać z nim szczerze, że nigdy nie wyznał mu swych dziecinnych pretensji i uraz. „Osądził go wcześnie i tak już zostało”. Rozmowa toczyła się także wokół osoby księdza Czerlona, który - jak mówiono - miał romans z hrabiną Tczewską.

Na prośbę małżonką Elżbieta znalazła Bogutównie pracę w cukierni Chązo-wicza.

XXII

W przyjęciu imieninowym pani Cecylii uczestniczyli - oprócz grona starszych kobiet - Karol i Ziembiewiczowie. Elżbieta, jak dawniej, usługiwała paniom, podając na talerzykach kawałki tortu. Kobiety te nie przejmowały jej, jak przed laty, lękiem. Przestały być wrogie. Patrzyły teraz na nią rozmarzone i pełne zachwytu.

W domu Elżbieta zastała Mariana Chąśbę, młodego człowieka, mieszkającego niegdyś w kamienicy pani Kolichowskiej. Przychodził wtedy do Elżbiety i pożyczał od niej książki, przygotowując się do matury. Interesował się rewolucją 1905 roku, ale szybko wyzbył się idealizmu widząc, jak przywódcy ruchu robotniczego doszli do władzy, pozostawiając robotników w poprzedniej nędzy. Pracował później w „Niwie”. Przyszedł prosić o wstawiennictwo w sprawie Franka Borbockiego. Mówił o jego trudnym życiu: „roboty dawno nie miał, szwagier mu się zmarnował, potem śmierć matki, długie umieranie siostry, ta mała... A do tego jeszcze miał tę dziewczynę...”. Ową dziewczyną była Justyna Bogutówna.

XXIII

Pani Żancia była szczęśliwa, mieszkając z synem i synową. Była zachwycona Elżbietą. Z radością obserwowała, jak Zenon coraz bardziej upodobnia się do ojca. Polowanie stało się jego pasją, „nie bronił się także przed piciem”.

Pewnego dnia przyjechał do Karola ksiądz Czerlon. Pani Cecylia - uważając duchownych za darmozjadów - przywitała go ozięble i nie towarzyszyła im w rozmowie. Ksiądz opowiedział Karolowi swe dzieje od czasu ich rozstania. Najpierw pracował w Grenoble, jako konduktor. Później wyjechał na północ, do Liege. Żył w nędzy, „na dnie”, odnajdując tam tylko strach. „Strach przed ogromem świata. I strach przed karą...”. Wtedy postanowił zostać księdzem. Karol był zupełnie bezradny wobec tego człowieka. Wielkie wrażenie wywierała na nim siła cielesna i duchowa księdza. Czerlon, w jego oczach, był człowiekiem mogącym mieć wszystko. Ale on nie chciał ani wielkości, ani władzy, „marzył o umniejszeniu siebie jak o szczęściu”. Dyskusję ich przerwało przybycie szofera hrabiny Tczewskiej, który przyjechał po księdza Czerlona.

XXIV

Trzy miesiące przed tragicznym wypadkiem odbył się u Ziembiewiczów raut, gromadzący najwyższe osobistości miasta. Wkrótce, w zaprzyjaźnionej „Niwie”, w pozostałych - ostatnio mniej przychylnych Ziembiewiczowi - gazetach, ukazały się szczegółowe opisy owego pamiętnego przyjęcia. Chwalono „czarującą gościnność” Elżbiety, jej urok i toaletę.

Zenon był niespokojny. Mimo wzrastającej popularności jego praca nie była wolna od trosk. Jako prezydent miasta wykazywał się dużą inicjatywą: wyremontował dla bezdomnych budynek cegielni, utworzył ośrodek wypoczynku i rekreacji. Pisma rozpisywały się o działalności Ziembiewicza, chwaląc przedsiębiorczość nowego zarządu miasta. Ale w ostatnich miesiącach nastrój się zmienił. Fundusze na budowę domów dla robotników zostały cofnięte i prace ustały. Nie dokończone budowle niszczały na mrozie i słocie, a robotnicy utraciwszy niespodziewanie pracę, domagali się nie wypłaconych pieniędzy.

Tego dnia Zenon wybrał się do Justyny, która niedawno porzuciła pracę w cukierni. Dziewczyna była zobojętniała na wszystko, apatyczna, chłodna. Zenon wraz z Elżbietą postanowili wysłać do niej lekarza. Psychiatra, doktor Lefeld, po wizycie u Bogutówny stwierdził, że właściwie nic jej nie jest, ale przydałoby się, aby otaczały ją bliskie osoby. Tego jednak Ziembiewiczowie nie mogli jej zapewnić.

XXV

Na wiosnę pani Cecylia powróciła do łóżka na stałe. Elżbieta odwiedzała ją każdego dnia, Karol zaś zjawiał się na każde jej wezwanie. Rozmawiali wtedy o przeszłości. Pani Cecylia dowiedziała się z tych rozmów różnych rzeczy o młodej kobiecie, będącej córką jej męża z drugiego małżeństwa. Dziewczyna ta miała ciężkie życie. Została tancerką, rozchorowała się i straciła pracę. Wyszła za mąż za pewnego emigranta z Południa, który kilka razy w roku przekradał się do swojego kraju. Z jednej takiej wyprawy do kraju już nie wrócił. Karol wyznał matce, iż przed wyjazdem za granicę bardzo ją kochał i podziwiał.

Wieczorem pani Cecylia poczuła się gorzej i Karol wezwał Elżbietę. Gdy przyjechała, ciotka była nieprzytomna. W nocy umarła. Elżbieta wyrzucała sobie, iż nigdy nie powiedziała jej, że ją kocha. „Ale Karol, który to zrobił, był spokojny”.

XXVI

Justynę dręczyły koszmary. Myślała o swoim nie narodzonym dziecku, które zabiła. „Cały świat go nie chciał, rodzony ojciec go nie chciał i tylko w niej jednej miało schowek. I ona jedna, ta jego matka, też przeciwko niemu się podniosła”. Rozpamiętywała swoją wizytę u akuszerki, która dokonała zabiegu. Cierpiała. Nie cieszyły jej nawet odwiedziny Zenona, który przychodził teraz bardzo często. Nigdzie nie wychodziła, nie wstawała z łóżka, nie jadła. Pewnego dnia została zaproszona na kolację do swojej gospodyni pani Niestrzępskiej, która martwiła się o swoją lokatorkę. Był tam także zięć Niestrzępskich, który zabił swoją żonę, zastawszy ją w pokoju z obcym mężczyzną. Okazało się później, iż ów człowiek przyszedł do niego z wizytą. Mimo tego wypadku Niestrzępscy nie okazywali mu nienawiści, a nawet często u siebie gościli.

Zenon wracając od Justyny chciał wstąpić do budynku magistratu. Drogę jednak tarasował tłum. Chroniąc się przed grupą robotników, wszedł bocznym wejściem, gdzie oczekiwał go starosta Czechliński.

XXVII

W mieście nastały dni niedobrej ciszy. Na krańcach miasta odbywały się jeszcze masówki robotnicze. Rozpoczęły się aresztowania. Wśród zatrzymanych znalazł się Marian Chąśba.

Pewnego dnia Zenon dowiedział się od doktora, że Justyna próbowała popełnić samobójstwo. Oskarżała Ziembiewicza, że jest winny jej położenia, gdyż to on właśnie dał pieniądze na zabieg. Powiedziała mu, iż słyszy głos, który nakazuje jej zabić go. Odtąd Zenona dręczyły ponure myśli, Wyrzucał Elżbiecie, iż nie byłoby tych kłopotów, gdyby kiedyś nie odbyła z Justyną owej pamiętnej i decydującej rozmowy.

Zakończenie

Justyna wdarła się do gabinetu Zenona i oblała jego twarz „żrącym płynem”. Krzyk w gabinecie zaalarmował woźnego. W zamęcie pośpiesznego ratunku nikt nie zwracał uwagi na przestępczynię. W ostatniej chwili woźny powstrzymał dziewczynę, próbującą wyskoczyć przez okno.

Zenon stracił wzrok. Wypadek wywołał w mieście wielkie poruszenie. O istnieniu Bogutówny wiedziało zaledwie parę osób, a o jej roli w życiu Ziembiewiczów nie wiedział prawie nikt. Dlatego wspólników Justyny szukano wśród robotników. Później sprawa nieco przycichła.

W niecały tydzień po powrocie ze szpitala do domu, Zenon popełnił samobójstwo. Po śmierci męża Elżbieta wyjechała do rodziny za granicę, pozostawiając syna pod opieką babki. Pani Żancia zamieszkała z wnukiem w dawnym mieszkaniu pani Kolichowskiej i oddała się wychowaniu małego Waleriana.

Problematyka

Kontekst polityczno-społeczny powieści

Lata wielkiego kryzysu ekonomicznego i wydarzenia z nim związane miały znaczący wpływ na treść utworu. Kamienica pani Kolichowskiej to symbol społeczeństwa sanacyjnej Polski. Obok żyjących w dobrobycie mieszczan mieszkają w niej rodziny bezrobotnych, trapione chorobami i głodem. Cecylia Kolichowska jest przykładem bezwzględnego, nieczułego na cierpienie innych posiadacza. Stara się jednak stworzyć inne zgoła wrażenie mówiąc, że „służąca to jest taki sam człowiek, jak każdy inny”. W zderzeniu z postępowaniem słowa te okazują się fałszywe. Przecież służąca zjada w kuchni odpadki ze stołu „państwa”, ubiera się skromnie, do domu wchodzi kuchennym wejściem i po kuchennych schodach.

Tak jak w domu Kolichowskiej, w społeczeństwie nikt nie przejmuje się losem biedaków. Świadczy o tym chociażby zaniknięcie największego zakładu w mieście. Nie zapewniono bezrobotnym nowych źródeł utrzymania, nikogo nie interesowało, jak wyżywią swoje rodziny. Nawet jeśli mieli oszczędności, mogły one przepaść w bankrutujących bankach. Tak się też stało z pieniędzmi Bogutowej. Gdy zdesperowani robotnicy wyszli w proteście na ulicę, policja otworzyła do nich ogień. Nie jest to tylko fikcja literacka, takie wydarzenia miały miejsce w sanacyjnej Polsce i w ówczesnej Europie.

Problemy moralno-psychologiczne utworu

Nałkowska próbuje odkryć jaka jest prawda o ludzkich czynach. Pokazuje losy Zenona i ocenia jego postępowanie z kilku punktów widzenia. We własnym mniemaniu Ziembiewicz jest uczciwy, moralny, usprawiedliwiony dobrymi intencjami wobec Justyny. Gdy ginie, opinia publiczna ocenia historię romansu z Bogutówną jako niesmaczną i niewłaściwą, jako skandal. Zatem „jest się takim jak myślą ludzie, nie jak myślimy o sobie my”.

Pisarka szuka też źródeł kształtowania się charakteru człowieka. Na przykładzie Ziembiewicza udowadnia, że do realizacji marzeń nie wystarcza wola i pragnienie człowieka. Ważny jest też wpływ otoczenia, sytuacja społeczna, warunki życia, zatem autorka dowodzi, że „jest się takim, jak miejsce, w którym się jest”.

Zagadnienia filozoficzne w Granicy

Oprócz poruszanych już zagadnień relatywizmu oceny człowieka, uzależnienia jednostki od społeczeństwa, warto zwrócić uwagę na pojawiające się egzystencjalne pytania o rolę człowieka we wszechświecie, o znaczenie ludzkiej świadomości. Z ust Elżbiety pada stwierdzenie, że „świadomość jest więcej, ale nie czymś innym niż westchnienie (...) ryb, albo modlitwa mureny”. Człowiek nie jest czymś wyjątkowym w świecie. Jest tak samo ważny jak inne istoty i dzięki istnieniu świata zwierząt i roślin nie jest samotny we wszechświecie.

Znaczenie tytułu Granica

Według Słownika języka polskiego granica to: „linia oddzielająca lub zamykająca pewien określony obszar, kontur, zarys, linia oddzielająca terytorium jednego państwa od drugiego” lub „pewien ograniczony zasięg, miara, kres czegoś dozwolonego i przyjętego, koniec, kres możliwości”.

Nałkowska ukazuje w powieści wiele symbolicznych granic:

- społeczna - różnice pomiędzy członkami różnych warstw społeczeństwa praktycznie uniemożliwiają im zmianę swojego statusu. Nierówne szanse w uzyskaniu wykształcenia, ogłady towarzyskiej uniemożliwiały biednym awans społeczny. Symboliczną granicą są sufity i podłogi kamienicy Kolichowskiej. Również ewentualne małżeństwo Zenona z Justyną byłoby mezaliansem, czyli granicą kariery Ziembiewicza;

- moralna - przekroczenie tej granicy owocuje nieszczęściem innych ludzi. Romans Zenona spowodował rozpacz Justyny i Elżbiety, a ostatecznie tragedię całej trójki;

- wytrzymałości psychicznej - tę granicę przekracza się przyjmując na siebie zbyt wielkie obciążenie, na przykład w postaci wyrzutów sumienia lub dużego napięcia emocjonalnego. Justyna po utracie dziecka popada w obłęd, natomiast Zenon pod wpływem nacisków osób, od których zależy jego kariera, zatraca swą osobowość;

- filozoficzna - uniemożliwia poznanie całej prawdy. Zenon oceniał swoje postępowanie tylko ze swojego punktu widzenia. Uważał się za uczciwego w stosunku do Justyny. Dla otoczenia jednak romans żonatego mężczyzny w żadnym przypadku nie może zostać usprawiedliwiony. Zatem istnieje granica między subiektywną a obiektywną oceną działania jednostki.

Ciekawostki (0)

Zabłyśnij i pokaż wszystkim, że znasz interesujący szczegół, ciekawy fakt dotyczący tego tematu.